b76ee3e6c75f863a02cfe717560739ff_3

Poszukiwacze zaginionej zjeżdżalni

Intrygujący reportaż z najdziwniejszego państwa świata

Jest rok 1988. Christian Eisert jest uczniem szkoły podstawowej w Berlinie Wschodnim, która nosi przydługą nazwę Szkoły Przyjaźni między Niemiecką Republiką Demokratyczną i Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną. Enerdowską podstawówkę często odwiedzają północnokoreańscy dygnitarze; uczniowie muszą wtedy popisywać się swoją wiedzą o państwie Kim Ir Sena, śpiewać robotnicze pieśni bojowe i machać „elementami sygnałowymi” (czyli słonecznikami z plastiku). Christianowi jednak najbardziej w pamięć zapada film obejrzany w kinie Sojuz, na dużym ekranie zobaczył wtedy zjeżdżalnię wodną w kolorach tęczy, jaką przywódca Korei Północnej kazał podobno wybudować dla dzieci w parku rozrywki w Pjongjang.

Mijają lata, w otoczeniu Eiserta wszystko się zmienia – Niemcy są już zjednoczone, zamożne i demokratyczne, on sam został cenionym satyrykiem i autorem programów telewizyjnych. Tylko Korea Północna jakby zatrzymała się w czasie i na początku XXI w. jest jednym z ostatnich skansenów komunizmu na świecie, izolowanym i udręczonym przez totalitarną dyktaturę. Biedne, nierzadko głodujące społeczeństwo, z wypranymi komunistyczną propagandą umysłami, trwa w stuporze, a wszelkie przejawy niesubordynacji (także w obrębie samej monopartii) są krwawo zwalczane przez siepaczy Kim Ir Sena, a potem jego następców – Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una, którzy, otoczeni kultem, niepodzielnie rządzą Koreą Północną od siedemdziesięciu lat. Takie przynajmniej informacje docierają do nas co pewien czas zza „żelaznej kurtyny” oddzielającej państwo Kimów od świata. Christian Eisert postanawia je zweryfikować i przy okazji spełnić swoje dziecięce marzenie – wraz z przyjaciółką, fotoreporterką Thanh Hoang, wyrusza na poszukiwania kolorowej zjeżdżalni w najdziwniejszym kraju świata.

Walory poznawcze reportażu Eiserta są nie do przecenienia, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak niewiele ukazało się książek na ten temat

Eisert i Hoang spędzają w Korei dokładnie tydzień. Podczas tego niezwykłego urlopu przemierzają 1500 kilometrów, a efektem wnikliwych obserwacji Eiserta jest recenzowana przez mnie książka. Z pewnością nie jest ona wybitnym dziełem literatury faktu, autorowi daleko do reporterskiego i literackiego kunsztu Bruce’a Chatwina, Colina Thubrona czy Ryszarda Kapuścińskiego. „Tydzień w Korei Północnej” zdecydowanie bardziej przypomina niezwykle popularne ostatnio relacje podróżnicze z gatunku „pojechałem, zobaczyłem, chronologicznie opisałem”. Nie znaczy to jednak, że nie warto po nią sięgnąć. Wprost przeciwnie. Eisert pisze ciekawie, w niewymuszony sposób, co chwila przyprawia swoją opowieść szczyptą ironii i czarnego humoru, ale przede wszystkim zabiera nas w wędrówkę po kraju prawie całkowicie nieznanym. Walory poznawcze jego reportażu są nie do przecenienia, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak niewiele ukazało się książek na ten temat i to nie tylko w ostatnich latach, ale w ogóle.

Plakat propagandowy przedstawiający Kim Ir Sena
Plakat propagandowy przedstawiający Kim Ir Sena

Odcięta od świata Korea Północna rozpaczliwie szuka źródeł dewiz, dlatego od pewnego czasu otworzyła się nieco na zachodnich turystów. Oczywiście swobodne zwiedzanie tego totalitarnego państwa jest zakazane, każdy turysta otrzymuje obstawę w postaci osobistych przewodników, którzy dbają o to, aby przedstawiciele „zgniłego świata kapitalizmu” zobaczyli tylko to, co chce im się pokazać. Eisertowi i Hoang towarzyszą młodzi przewodnicy Chung i Rym. Jest jeszcze kierowca, pan Pak, który najprawdopodobniej jest agentem służby bezpieczeństwa. Wspólnie z nimi niemieccy podróżnicy przemierzają różne zakątki Korei oglądają takie „cuda” jak gigantyczny łuk tryumfalny i Wieżę Idei Dżucze w Pjongjang, Cmentarz Męczenników Wyzwoleńczej Wojny Ojczyźnianej na Górze Taesong, odwiedzają wzorcową rodzinę rolników mieszkającą koło Chonsan i wystawę kwiatów, na której królują kimilsungie i kimdzongilie – rośliny nazwane tak na cześć północnokoreańskich komunistycznych satrapów. Eisert, mimo że ciągle drży ze strachu, że zostanie zdemaskowany jako dziennikarz, patrzy jednak uważnie, dzięki czemu w książce znajdziemy opisy takich kuriozów jak autostrady bez samochodów; hotel Ryugyŏng – olbrzymia szklana piramida, która wciąż pozostaje nieukończona i niezamieszkana; pokój hotelowy bez prądu, ale za to wyposażony w automat do lodów włoskich, ale potrafi także dostrzec strach w oczach towarzyszących mu Koreańczyków w momentach, gdy misternie zaaranżowany plan pobytu wymyka się spod kontroli. „I jeszcze jedno” – pisze Eisert – „przy całej manii wielkości i nędzy, przy całym strachu i brutalności, ludzie w Korei Północnej żyją, kochają i śmieją się”. To bardzo ważne spostrzeżenie, bowiem przywykliśmy uważać, że mentalność i zdrowy rozsądek ludzi zamkniętych w „więzieniu Kimów” zostały całkowicie stłamszone przez terror i propagandę, że mieszkańcy Korei Północnej niemal bez wyjątku zachowują się jak marionetki, dzień w dzień maszerują równym krokiem przed siebie z komunistycznymi hasłami na sztandarach, niczym w słynnej „Defiladzie” Fidyka. A to nie do końca prawda. Nawet tam ostało się trochę człowieczeństwa i ukrytej normalności. Trzeba tylko umieć ją odnaleźć.

Krzysztof Michał Jóźwiak

 

Christian Eisert

Tydzień w Korei Północnej

Prószyński i S-ka

Przełożył Bartosz Nowacki

Liczba stron: 374

Cena: 36 zł

0 comments on “Poszukiwacze zaginionej zjeżdżalniAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *