14380038277071

Mit założycielski

Wielokrotnie powtarzane kłamstwo potrafi poważnie przemeblować naszą pamięć. Tak było również wypadku bitwy pod Lenino – jestem przekonany, że do dzisiaj wielu Polaków jest święcie przekonanych, że było to wielkie zwycięstwo polskiego oręża

Parady, defilady, pokazy lotnicze, kiełbaski z rusztu i grochówka z wojskowej garkuchni. I najważniejsze – możliwość zajrzenia do wnętrza czołgu, śmigłowca bojowego czy wozu pancernego. Tak zapamiętałem święta Wojska Polskiego z czasów PRL. Dziś jest niby podobnie, jedynie zadekretowaną odgórnie miłość do ZSRR zastąpiło podporządkowanie NATO, a sprzęt wojskowy udostępniany ciekawskiej gawiedzi jest nowocześniejszy. Przede wszystkim zmieniła się jednak data święta. W czasach Polski Ludowej, zamiast 15 sierpnia, jak obecnie i przed wojną, Wojsko Polskie świętowało 12 października, w rocznicę bitwy pod Lenino.

Było to chrzest bojowy 1 DP im. Tadeusza Kościuszki. Wedle komunistycznej propagandy bój bohaterski i zwycięski, a na dodatek świadczący o polsko-radzieckim braterstwie broni. Jak było naprawdę dowiedzieliśmy się dopiero po 1989 r. dzięki pracom historyków i opublikowanym wspomnieniom i dokumentom. Jednym z ważniejszych i ciekawszych źródeł opisujących przebieg bitwy pod Lenino jest z całą pewnością relacja generała Leona Dubickiego, który w trakcie bitwy pod Lenino dowodził dywizjonem artylerii. Nieocenzurowaną wersję tego wspominania znajdziemy w najnowszym numerze kwartalnika historycznego „Karta” – w mojej ocenie najważniejszego i najlepszego pisma tego rodzaju w Polsce. „Karta” prezentuje najnowszą historię w sposób szczególny – przez pryzmat przeżyć jednost­ki, ale w postaci wielogłosowej opowieści skonstruowanej z odpowiednio dobranych fragmentów relacji, dzienni­ków, wspomnień, listów i dokumentów. Całość zawsze uzupełniają świetnej jakości archiwalne zdjęcia.

Wróćmy jednak pod Lenino. Bitwa, którą stoczono w bagnistej dolinie Mierei 12 października 1943 r. nie miała tak wielkiego znaczenia strategicznego, jakie przypisywali jej komunistyczni propagandziści. Choć sowieckie dowództwo utrzymywało, że celem operacji jest przeprawa przez Dniepr, nie przygotowano żadnych środków przeprawowych. Starcie było działaniem pozorowanym Sowietów, które miało na celu odwrócenie uwagi Niemców od operacji kijowskiej. Była to także demonstracja polityczna: polskie wojsko w końcu walczy u boku Armii Czerwonej. Ostatecznie zacięty bój zakończył się raczej zwycięstwem Niemców, którzy utrzymali prawie wszystkie pozycje obronne.

Czy jednak działania pozorowane i propagandowe musiały zostać okupione tak wysoką daniną krwi (życie straciło 510 polskich żołnierzy, a 1770 zostało rannych). Wiele wyjaśnia w tej kwestii barwny i do bólu szczery opis bitwy skreślony ręką Leona Dubickiego. Kościuszkowców wysłano do boju nieprzygotowanych, bez należytego wsparcia artyleryjskiego i środków obrony przeciwlotniczej. Zmuszeni zostali do wykonywania bezsensownych rozkazów sowieckich dowódców (np. decyzja o rozpoznaniu bojem siłami 1 pp). Protestował nawet zwykle usłużny wobec Sowietów gen. Zygmunt Berling, który ponoć rozkaz dowódcy 33 Armii o kontynuowaniu natarcia drugiego dnia bitwy miał skomentować słowami: „Gordow, bez względu na motywy swego postępowania, bez względu na to czy jest głupcem, czy szaleńcem – jest zbrodniarzem”. Ale „polscy” dowódcy, zarówno niskiego jak i wysokiego szczebla, także popełnili szereg karygodnych błędów. W rezultacie na polu bitwy panował kompletny chaos. „Po przybyciu na punkt zlustrowałem pole walki i stwierdziłem ogólny nieład – spowodowany tym, że bataliony drugiego i trzeciego rzutu samorzutnie wprowadziły się do boju, co spowodowało pomieszanie pododdziałów 1 pułku piechoty do takiego stopnia, że powstały warunki do całkowitej utraty dowodzenia i chaosu. Posuwając się na wzgórze, odniosłem wrażenie, że piechotą nikt właściwie nie dowodzi. Przechodząc przez pierwszą transzeję i po stokach, spotkałem kilku młodszych oficerów i żołnierzy z 1 i 2 batalionu, od których nie mogłem dowiedzieć się, gdzie są dowódcy lub zastępcy dowódców batalionów, ewentualnie sztabów. Wszyscy napotkani żołnierze wyglądali na opuszczonych – nikt niczego nie wiedział” – pisze Dubicki. I dalej: „ Do końca dnia trwało ogólne zamieszanie. Postali na »posterunku« dowódcy wszystkich szczebli wprost troili się z wysiłku, by utrzymać w karbach znajdujące się obok nich wojsko i nie dopuścić do panicznej ucieczki z pola. Na równinie pomiędzy Połzuchami a Trygubową poszczególne oddziały pomieszały się w takim stopniu, że nie było mowy o jakimkolwiek zorganizowanym działaniu. Trudno było nawet ustalić, gdzie znajduje się styk między 1 a 2 pułkiem piechoty. Nie była to walka dwóch równorzędnych przeciwników, lecz masakra dużego, ale niezorganizowanego skupiska naszej piechoty – przez małą liczbę dobrze zorganizowanych żołnierzy niemieckich, którzy bezkarnie i systematycznie wykrwawiali naszą dywizję (…).

Dubicki nie miał także złudzeń, co do zaangażowania oddziałów Armii Czerwonej w bitwę: „Skierowałem lornetę nożycową na […] obronę nieprzyjaciela w pasie natarcia prawoskrzydłowego pułku piechoty 290 Dywizji Strzeleckiej 33 Armii. Nie działo się tam nic ciekawego. Za pierwszą niemiecką transzeją widoczne były od czasu do czasu sylwetki radzieckich piechurów wyskakujących do przodu lub leżących na ziemi. Nie było ataku podobnego d naszego, chociaż wał ogniowy trwał i nieprzyjaciel nie okazywał oporu. Radziecka piechota widocznie nie chciał iść do ataku i tylko pozorowała szturm. Nie widziałem w szeregach „atakującej” piechoty radzieckich czołgów, chociaż na polu na wschód od Lenino stała bezpiecznie ich masa. Zaiste, dziwnie wyglądało »natarcie« naszych sąsiadów”.

Tak w rzeczywistości wyglądało pole bitwy pod Lenino i osławione polsko-radzieckie braterstwo broni.

Dubicki kończy swoje wspomnienia znamiennym zdaniem: „Trud i krew poszły na marne przez nieudolność przełożonych. Zmęczenie, smutek, apatia ogarnęły wszystkich”.

Relacja uczestnika bitwy pod Lenino to z pewnością najciekawszy tekst 84 numeru „Karty”, ale oczywiście nie jedyny. Znajdziemy w niej także dwa teksty źródłowe poświęcone formowaniu się niepodległej Norwegii na początku XX wieku; bardzo ciekawe, choć pełne goryczy i smutku wspomnienia Edwarda Herzbauma, żołnierza żydowskiego pochodzenia II Korpusu Polskiego; tematem numeru jest natomiast montaż tekstów opisujących walkę Ukraińców o wolność pomiędzy listopadem 2013 r. a lutym 2014 r. Moje odczucia, jeżeli chodzi o ten artykuł, są mieszane. Bez wątpienia „Siłą Majdanu” – reporterski zapis dramatycznych i odkupionych licznymi ofiarami walk Ukraińców z wyobcowanym ze społeczeństwa prorosyjskim reżimem jest pasjonujący. Moją wątpliwość budzi jedynie fakt, że chyba po raz pierwszy „Karta” sięgnęła do wydarzeń tak świeżych, do historii dziejącej się na naszych oczach. Zbigniew Gluza we wstępniaku tłumaczy taką decyzję następująco: „Nie odnosiliśmy się dotąd w „Karcie” do przebiegu tej dekady, jednak Ukraina roku 2013/2014 to erupcja tylko pozornie przebrzmiałego konfliktu, która upewnia, że nie wystarczy nasza własna przemiana, by można było uwolnić się od koszmaru XX wieku. To nie przypadkowy nawrót rzeczywistości minionej, ale jej prosta kontynuacja. Stąd zadania dla pisma o tożsamości”. Brzmi przekonująco, tym bardziej, że „Karta” od lat jest zaangażowana w dialog polsko-ukraiński, ale czytając z uwagą „Siłę Majdanu” mam jednak nadzieję, że jest to raczej wyjątek, podyktowany wagą i specyfiką tematu, niż przejaw większego zaangażowania „Karty” w doraźną publicystykę.

Krzysztof Jóźwiak

„Karta” nr 84

Kwartalnik historyczny

Rok wydania: 2015

Cena: 15 zł

0 comments on “Mit założycielskiAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *