TschiffelyWyprawaTschiffelyego

Konno przez obie Ameryki

W Polsce dokonania Aimé Tschiffely’ego są mało znane. Tymczasem jego wyprawa z 1925 r. to jedno z najniezwyklejszych przedsięwzięć podróżniczych ostatnich stu lat, a napisana po powrocie do domu relacja jest pasjonującą lekturą

„Wyprawa Tschiffely’ego” – tytuł mało intrygujący i przyciągający wzrok. W morzu książek zalewającym półki księgarń łatwo go przeoczyć. Z pewnością byłby to wielki błąd. To jeden z ciekawszych reportaży podróżniczych, jakie czytałem, opisujący przebieg niezwykłej wyprawy sprzed 90 lat. W 1925 r. Aimé Tschiffely, Szwajcar z brytyjskim paszportem, mieszkający na co dzień w Buenos Aires, postanowił ruszyć konno przez dwa kontynenty amerykańskie. W ciągu dwóch i pół roku wraz z wiernymi towarzyszami – końmi rasy kreolskiej Manchą i Gato, przemierzył szesnaście tysięcy kilometrów. Z Argentyny ruszył na północ, przekroczył niebezpieczne Andy, następnie zjechał w parne dżungle Peru i Ekwadoru, sforsował Przesmyk Panamski, by przez Amerykę Środkową i Meksyk dotrzeć do stolicy Stanów Zjednoczonych, Waszyngtonu.

A.F._Tschiffely00
Aimé Tschiffely

Zanim Tschiffely wyruszył w drogę słyszał to, co zwykle słyszy odważny eksplorator przed trudną wyprawą: „Niewykonalne”, „Absurd”, „ Toż to szaleństwo” i jak sam przyznaje we wstępie do swojej książki, nie były to opinie pozbawione solidnych podstaw. Nawet dzisiaj pokonanie obu Ameryk na końskim grzbiecie byłoby nie lada wyzwaniem, zaś w drugiej dekadzie XX w. był to wyczyn bez precedensu. Tym bardziej, że Tschiffely nie miał na swoim koncie żadnych spektakularnych wypraw – zanim ruszył na szlak pracował przez dziewięć lat, jako zwykły nauczyciel. W końcu jednak nie wytrzymał, poczuł zew przygody i porzucił wygodny dom, aby ruszyć w nieznane. Nie zamierzał jedynie marzyć, postanowił przejść od słów do czynów. Podobnie jak dziesięć lat później polski podróżnik Kazimierz Nowak. Nowak w latach 1931-1936 przebył samotnie kontynent afrykańskiej z północy na południe i z powrotem. Podróżował rowerem, na wielbłądzie, konno, czółnem i pieszo.

Mam wrażenie, że tych niezwykłych ludzi wiele łączy – podejście do ludzi, zwierząt, świata, przyrody i podróżniczego etosu. Przede wszystkim jednak wspólna jest dla nich nieugiętość charakteru i determinacja, które pozwalają pokonać nawet największe przeszkody, by osiągnąć wymarzony cel. Oczywiście pewne różnice istnieję. Nowak był jeszcze większym twardzielem i ryzykantem, mniej liczył się ze swoim zdrowiem i parł do przodu za wszelką cenę. Tschiffely był bardziej rozważny, dysponował także nieco lepszym zapleczem finansowym (choć również nie posiadał gotówki w nadmiarze) i logistycznym. Polski eksplorator zmarł niedługo po powrocie ze swojej szalonej wyprawy i nie zdążył opublikować z niej relacji (ukazała się dopiero po 80 latach), co sprawiło, że przez długie lata o jego heroicznym wyczynie mało kto wiedział. Tschiffely miał więcej szczęścia. Początkowo jego zapiski z amerykańskich peregrynacji również nie znalazły uznania u wydawców, ale w końcu, dzięki pomocy innego znanego podróżnika Roberta B. Cunninghame’a Grahama, w 1933 r. zostały wydrukowane, a ich autor stał się znany i szanowany. Jego książka została wydana w Polsce już dwa lata później, dzięki znanej przedwojennej oficynie Trzaska, Evert, Michalski. Jednak na kolejne wydanie musieliśmy poczekać aż 80 lat. Tym razem sięgnęło po nie wydawnictwo W.A.B. i chwała mu z to. Mam do tej edycji tylko jedno zastrzeżenie. Papier, na którym wydrukowano książkę, jest kiepskiej jakości i ciekawe fotografie autorstwa Tschiffely’ego często są niezbyt wyraźne; za mały jest także ich format.

Tschiffely zaczyna swoją opowieść od dwóch stwierdzeń, które nie są prawdziwe. Paradoksalnie jednak nie stawiają ich autora w złym świetle, ponieważ świadczą o jego skromności. Podróżnik przeprasza za swój styl pisania, zaznaczając, że nie aspiruje do miana pisarza, chciał tylko zdać dokładną relację ze swojej podroży. Być może jako pisarz, który musi stworzyć fikcyjną fabułę Tschiffely miałby większe problemy, jako autor literatury faktu radzi sobie wyśmienicie. Mimo upływu lat książka nie jest anachroniczna, czyta się ją z łatwością i przyjemnie, a jej autor jest bardzo spostrzegawczy i potrafi przenikliwie i trafnie ocenić wydarzenia i ludzi, których spotyka na szlaku. A spotyka ich wielu, bowiem od nich nie stroni i z reporterskim zacięciem wdaje się z nimi w przeróżne interakcje. To zdecydowanie podnosi wartość jego relacji. Bardziej cenię książki podróżnicze, które nie są zwykłym i nieco monotonnym spisem miejsc, jakie odwiedził autor, ale mają bardziej reporterski charakter, co wymaga otwarcia się na innych ludzi, ich zwyczaje, poglądy, wymaga zrozumienia i akceptacji dla inności. Tschiffely’emu przychodzi to z łatwością, tym bardziej, że jest osobą bardzo czułą na punkcie ludzkiej krzywdy. „Żeby określić ogólny poziom kultury danego kraju, należy ocenić klasy niższe czy – by ująć to lepiej – biedne, stanowiące wszak olbrzymią większość społeczeństwa” – pisze. Na swojej drodze spotyka między innymi wegetujących na skraju nędzy Indian, nie omija ich z daleka, nocuje w ich chatach, stara się poznać ich zwyczaje. Dzięki czemu spore partie książki mają dużą wartość nie tylko dla historyka, ale również etnografa.

Nigdy nie ocenia Indian z wyższością cechującą postawę białego człowieka w koloniach, częściej jest bardziej krytyczny dla „wyższych” warstw społeczeństwa. „Wyższe klasy w większości południowych państw z reguły składają się z osób wyjątkowo bystrych i szybko chłonących wiedzę, ale z drugiej strony, przeważnie bardzo płytkich, powierzchownych. Ludzie ci chlubią się skrawkami filozofii, jakie opanowali, lecz ich główne ambicje kierują się ku polityce, jako najłatwiejszej ścieżce do bogactw i władzy. (…) Pieni się wśród nich zaraza krasomówstwa, w przystępie oratorskiej namiętności potrafią mówić o reformach społecznych, dorzucając okruchy z dziedziny historii i filozofii oraz urywki słynnych poematów… prawdę mówiąc mogą mówić o wszystkim. Gdy przyjdzie do realizacji ich teorii i olśniewających pomysłów, przekonują się, że całą energię roztrwonili na ostatnie przemówienie” – tak autor „Wyprawy Tschiffely’ego ocenia na przykład „elity” Salwadoru. Każdy, kto choć trochę zna Amerykę Łacińską przyzna, że wiele z tych spostrzeżeń jest aktualnych do dnia dzisiejszego.

Dotyczy to także religijności Indian. Nie oparli się nowej wierze przyniesionej na mieczach konkwistadorów, ale nie byli także zdolni całkowicie porzucić swoich dawnych bogów. Ubrali ich w nowe szaty. Wcisnęli im w ręce krzyże. Zmienili imiona i wygląd. Ale modlą się do nich tak jak przed wiekami a dogmaty katolickie traktują dosyć swobodnie. Jeśli ktoś nie wierzy niech odwiedzi na przykład wioski indiańskie w meksykańskim stanie Chiapas. Tschiffely był tam 90 lat temu, ja miałem okazję zawitać tam niedawno, a wrażenia mamy podobne.

Ważnym wątkiem reportażu Tschiffely’ego jest nieludzkie traktowanie zwierząt przez tubylców, zwłaszcza zwierząt jucznych. „Cierpienia tych nieszczęsnych stworzeń zwanych często przyjaciółmi człowieka, wolę nawet nie opisywać. Ujmę to w ten sposób, bynajmniej nie siląc się na bluźnierstwo: los jucznego zwierzęcia w Andach to moja wizja piekła” – stwierdza. Sam postępuje odwrotnie. Bardzo dba o swoje konie i traktuje jak najlepszych przyjaciół. Mancha i Gato odwdzięczają mu się wiernością i ze stoickim spokojem znoszą wszelkie trudy podróży. Tschiffely i jego wierzchowce przez całą podróż stanowią zgrany i wzajemnie szanujący się zespół. W kilku sytuacjach podróżnik niewątpliwie zawdzięcza im życie.

Aime Tschiffely i Mancha w 1927 r.
Aime Tschiffely i Mancha w 1927 r.

Właśnie kwestia mrożących krew w żyłach przygód jest tym drugim wspomnianym przez mnie wątkiem poruszonym przez niego we wstępie, w którym nie mówi nam całej prawdy. „Niewiele było dramatycznych przygód, bycia o włos od śmierci i śmiałych wyczynów” – pisze skromnie. Tymczasem Tschiffely niejednokrotnie unika w ostatniej chwili runięcia w przepaść, zmaga się z niebezpieczeństwami grożącymi w dżungli i na pustyni, walczy z bandytami, wpada do rzeki, w której grasuje krokodyl-ludojad, przedziera się przez ogarnięty rewolucją Meksyk, w Stanach Zjednoczonych natyka się na kryjówkę bimbrowników (przypominam, że to czasy prohibicji) i z premedytacją zostaje potrącony przez samochód. To tylko wybrane przykłady.

Po powrocie z wyprawy Tschiffely osiadł w Anglii. Pod koniec lat 30. XX w. wrócił do Ameryki Południowej i odbył kolejną podróż, tym razem samochodem, do południowych krańców kontynentu, aby utrwalić wpływ, jaki cywilizacja i nowoczesność wywarły na tamtejsze społeczności. Pokłosiem tej wyprawy ponownie była książka. „This way Southward” (1940) nigdy jednak nie ukazała się w Polsce. Miejmy nadzieję, że ten błąd niebawem zostanie naprawiony, bo twórczość Tschiffely’ego z czystym sercem można polecić wszystkim miłośnikom literatury podróżniczej.

Krzysztof Michał Jóźwiak

 

Aimé Tschiffely

Wyprawa Tschiffely’ego. Konno przez dwa kontynenty

W.A.B.

Tłumacz: Tomasz S. Gałązka

Okładka: miękka

Liczba stron 416

0 comments on “Konno przez obie AmerykiAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *